sobota, 5 lipca 2014

Co jest pewne, to fakt, że Praga jest absolutnie zachwycająca.

Wracałam dziś rowerem ze sprawunków sobotnich. Wzrok mętny, bo w domu robota, a w środku jakieś typowe smuteczki. Lokalne menele dręczyły ślicznookiego chłopca ("no daj pan chociaż dwa grosze!") i w momencie gdy obejrzałam się, czy już go tłuką, doścignął mnie pan w cytrynowej koszulce polo. Miał nogi ogolone dokładniej niż ja (dziś rano znów krwawa masakra, czy z tego się wyrasta?) oraz damskie okulary przeciwsłoneczne D&G.
"O czym pani marzy?"
Chichoczę zakłopotana, bo dobrze wiem o czym, ale że staram się tego jeszcze nawet na głos nie myśleć, to że tej chwili o kolacji (duszone na maśle kurki, ugotowany bób, bryndza, świeża i włochata nieśmiała mięta). Liczyłam na jakiś grubszy wątek egzystencjalny, albo chociaż marzenie na wymianę.
"A czy ja mam sobie (zdejmuje D&G) zrobić botoks pod oczami? A włosy na blond, taki bardzo jasny blond?"
Nie wiem proszę pana, mężczyźni potrafią się pięknie starzeć.
"A czy ma pani partnera? (pomrukuję, mieszcząc w tym dźwięku całą niekonkretność świata). A ile ma lat? Bo pani to tak koło dwudziestki to on pewnie botoksu jeszcze nie potrzebuje! A co by pani zrobiła, gdyby załóżmy, pani partner miał wiele koleżanek i chciał z jedną, dajmy na to no nie wiem, Patrycją albo Pauliną, imiona tak wymyślam, pojechać na dwa tygodnie do Los Angeles, bo pani nie miałaby czasu? Pytam dlatego, bo wie pani, my polki (tak.) to podobno jesteśmy bardzo wysoko na takiej liście na temat zazdrości, że strasznie zazdrosne jesteśmy. Amerykanki dajmy na to w ogóle nie są zazdrosne o swoich partnerów, ale ja myślę prosze pani, że to bardzo dobrze, że my jesteśmy takie, bo to znaczy, że nam zależy. Ale ja tam nie oceniam, też bym nie puścił. O, pani widzę tu mieszka, to do widzenia!". Nawet Witkowski by go lepiej nie wymyślił.

I pojechał radośnie i dobiłam do domu ja. Do swojej kolacji, do trzech książek które właśnie kupiłam, bo już nie mogłam wytrzymać bez kąsającej literatury, takiej co to nie da rady się nie zadumać.

Strasznie mi czasem dobrze, jak jem jagody z emaliowanego garnuszka, albo jak jadę rowerem i jest trzecia nad ranem i łaskoczą mnie usta i powieki. Dziś mnie nic nie łaskocze, oprócz sumienia, bo pisanina leży i czeka. Od tygodnia jestem redaktorką KUKBUKa, fantastyczne uczucie, ponad wszystkimi innymi zmiennymi uczuciami.

A czasem strasznie źle zupełnie bez wyraźnego powodu. Ale nie z życiem, tylko z samą sobą. Przecież watą cukrową też się można udusić. A jak ktoś czasami przytuli Cię tak, że stopy dyndają gdzieś tam nad ziemią, to najpewniej stracisz kontakt z rzeczywistością. Muszę się pilnować w każdej minucie.

Wczoraj wieczorem też wracałam do domu rowerem, na leciutkim rauszu, w jednym z moich ulubionych momentów dnia, kiedy z każdym mrugnięciem robi się ciemniej, ale niebo jeszcze kolorowe. Praga zaczynała świętowanie weekendu. Dwóch bardzo pijanych delikwentów spotkać się miało w bramie, szli powoli i zygzakiem, patrząc ku sobie rzewnie. Wtem jeden z mozołem wyciągnął rękę, drugi otworzył usta, bo wiedział co nastąpi, nagle spotykają się: dłoń się otwiera, drobniaki lecą na chodnik. Bardzo to było teatralne.

A ja sobie trenuję koncentrację na teraźniejszości, bo to pozwala zapanować nad neurozą.
Na szczęście w teraźniejszości nie kończą się maliny i jagody, kurki, ciepłe od słońca pomidory malinowe na zimnym twarożku, no i ta praca, gdzie za oknem ogródek ziołowy, a ja wierzę w każde słowo, które piszę. Nie kończą się ludzie wokół, do jedzenia słuchania rozmawiania. Nie kończą się póki co także filmy studia Kadr na YouTube (czarno-biała polska melancholia, cudowne). Ani wino, ostatnio.
Zobaczymy co będzie, zawsze zostanie nam lato i kłos na ręku.





sobota, 7 czerwca 2014

Podłoga w tramwaju obrzydliwie się lepiła, jakby menelowi wylał się sok ze śmieci, ale i tak nie warto było podnosić wzroku wyżej niż poziom odzianych w spodenki w kancik/rajtuzy kolan chomiczków świeżutko wyplutych z klatek na Domaniewskiej. Więc to był zupełnie zwykły dzień. I otępienie w oczach i marzenie, żeby już można było zjeść wielką wielodaniową kolację i wpełznąć pod kołdrę, nawet o tej 20, to już przecież wieczór. Meksyk nadal był w Meksyku, opalenizna nieaktualna, długie minuty walenia głową w ścianę biurowej toalety po każdym nowym briefie czy uwagach do ulotki o pralkach odbębnione. I właśnie wtedy dostałam wiadomość od Uli. W ostatniej chwili, mam wrażenie.

Listek peonii trzęsie się jak głupi od pisania i od powiewów zza okna, bo nastało już moje drugie lato tego roku. Wata w powietrzu. Wata w domu wata w nosie wiosna w nosie. Peonia się kuli. Rozkula.

Od momentu otrzymania tamtej wiadomości minęły dwa miesiące. W tym czasie (a tak konkretnie to jakiś tydzień temu) udało mi się osiągnąć absolutny szczyt marzeń zawodowych. Rzuciłam papierami - na zawsze zapamiętam ten moment gdy wokół mnie stało, kibicując, kilka osób z oczami ciemnymi od frustracji, a ja jako kolejna w firmie składałam podpis na wypowiedzeniu i śmiałam się na głos, że to już, że to TERAZ. Od lipca nowy wspaniały świat (boje się go nazwać, bo wtedy pewnie stłuczecie mnie kijami, że śmiem tak kwękać, ale jak mawia jedna z moich ulubionych osób, to jest mój blog i mogę tu pisać nawet o połowie ośmiornic, jak trzeba będzie).

Nigdy w życiu tyle sobie prywatnie nie tańczyłam, w samych majtkach znów, albo nawet jadąc rowerem, palcami postukując w hamulce. I nawet zawiści nie było (cudze szczęście boli wszystkich, prawda), biurowi towarzysze niedoli poczuli się nawet odrobinę zmobilizowani do poszukiwania czegoś, co im nada tak rozkosznych rumieńców.

A potem znów zaczęłam klasycznie oklejać się niepokojem.
Co jeżeli. Co wtedy. Jak.
No bo ale przecież od nieprzytulania boli mnie już skóra i nie mam komu upiec ciasta z truskawkami, a jak upiekę sobie, to zjem, a to niedobrze, tego nie chcemy.
Ale przecież wieczne przekładające spotkania koleżanki przestają odpisywać na wiadomości, więc nawet nie mam komu pokazać, że nareszcie mi wesoło.
Ale jak wyciągnąć palec ze słoika z masłem orzechowym.
Ale nie mam ani jednego dnia urlopu i obecna robota będzie ze mnie wysysać siły życiowe do ostatniej pracosekundy, a przez audyt - mam wrażenie że to jakiś abstrakt, kopniak od szatańskiego korpopierwiastka - muszę codziennie być w biurze bladym świtem o 8:30. I nic nie robić przez 9 godzin. Tak wygląda okres wypowiedzenia, siedzę po turecku i przewijam wszechświat. Powinnam sobie zrobić kalendarz adwentowy a w każdym okienku setka żołądkowej.
Ale mama się nie ucieszyła, tylko przestraszyła. Że ALE JAK TO RZUCIŁAŚ PRACĘ (wyczułam caps locka przez telefon).
Ale ciasno mi w biodrach.
Ale co jeżeli, no nie wiem sama, nigdy nie będzie na sto procent dobrze? Lepiej zasmucić się już teraz.

Fatalizm asekuracyjny, nazwała to Agata. Nadanie imienia nijak nie pomogło zlikwidować sprawy.
Dekulizacja peonii.

Dobrze, że chociaż są truskawki. Idealne na bulimiczne nastroje, każda jedna sensem życia, bo 'gdy jem truskawki, moja tragiczna koncepcja świata unicestwia się w zachwycie, że jem truskawki', chociaż nigdy nie wiadomo, kiedy trafi się taka smakująca grobem i złem. Dobrze, że istnieją lody maślane i Solec, ciepłe ciężkie pakieciki burrito z Gringo Baru, kozi sernik i hummus i moje ulubione jedzenie dla świtezi: kasza z twarogiem, olejem lnianym, pestkami i ziołami, kasza z botwiną i koperkiem, kasza z owocami, wodą różaną i migdałami. Kasza to nowy sens mojego życia (masło zostało odrobinę zdetronizowane ze względów biodrowych). Jak Boga kocham, wytatuuję sobie kaszę, dokładnie w ten czwartek.

Ciekawe czy miał jakieś plany na ten czwartek człowiek, którego dziś nie spotkałam. Jechałam sobie Mostem Świętokrzyskim, na samym środku jezdni migały czerwone i niebieskie światła, a przy barierce stali policjanci, strażacy i ratownicy, smętnie wpatrując się w wodę. Bardzo to było otrzeźwiające.
I nagle nie mam problemów i dojadę do drugiego brzegu.

Co jest z nami, że wszystko jest nie tak. Czy to ten paraliż, że jak można wszystko, to ogarnia przerażenie wpędzające w marazm? Czy to może tylko ja? Palec pod budkę, kto za minutkę oszaleje.
Naprawdę było już bardzo radośnie i nadal jest, ale te chwile kiedy nie jest, wkładają mi w palce więcej słów. No więc ten blog już chyba na zawsze pozostanie studium upadku człowieka durnego.

Sama sobie to robię, czytam książki za piękne, żeby były wesołe (albo w wesołych znajduję gorzkie tabletki) a potem gaszę światło i muzyka do umierania dożylnie (The Black Keys siedem razy dziennie). A za chwilę pozostaje się przeciągnąć w szeleszczącej pościeli i wstać do pysznej kaszy, różowej rozczochranej peonii i słońca na nadgarstkach, stukania palcami o hamulce i przejażdżki pachnącymi parkami. Ławeczkowych rozmów i tych truskawek.


























(No i już mi lepiej.)
Euforia i Depresja. Grają sobie w klasy.

sobota, 10 maja 2014

Gdzie jesteśmy? W busiku, który przez 9 godzin raczy mnie tą samą zapętloną piosenką.
Gdzie jedziemy? Do Meksyku, gdzie nad oceanem czeka na mnie opalona Ula Celebrytka.

Najpierw San Cristobal De Las Casas, gdzie chłodniejszy wieje wiatr i jako jedyna mam na sobie szorty. Na pierwszy meksykański posiłek enchilladas z kurczakiem, serem i czekoladowym sosem mole, na deser pierwszy od tygodnia jogurt, jako że dramatycznie tęsknię za nabiałem. Lodowaty nabiał to taka Skandynawia wśród delicji.















































Pieką nas plecy i ramiona od kajakowego słońca.

My to ja. Smakuję sobie samotność wolność. Gdy mi nieswojo, pożeram tacos (dlatego tacos powinny być sprzedawane na każdym rogu, bo od nich znikają smutki i problemy - ostatni raz jadłam je 21 marca, więc jestem już od dawna martwa w środku). Gdzie się nie obejrzę, wszędzie piękni podróżnicy. Jakim cudem wszyscy są tak estetyczni i w dodatku chcą ze mną rozmawiać? W kawiarni dosiadam się do klasycznego wydziaranego drwala z Melbourne, który pracuje jako redaktor i jeździ sobie po świecie. Wymieniamy się trasami podróży i historiami życiowymi. W hostelu cichutko przygrywa mi do snu kawałki Radiohead chłopiec z nagim torsem i maślanymi oczami, a potem gadamy w ciemności, tak jak gdyby to nie były dwie różne połówki świata nagle tu i teraz. Między arkadami na placu miejskim człowiek z niemieckimi kośćmi policzkowymi (wspaniała sprawa) użycza rąbka mojej chustki do przetarcia obiektywu oraz rabuje mnie z dwóch godzin, które spędzamy gawędząc sobie leniwie. Tak po prostu. W każdym autobusie kryje się jakiś marzyciel z którym przychodzi mi rozmawiać. 11 godzin podróży to w sam raz, żeby w ramach wymiany międzyludzkiej poznać prawnika z Nowego Jorku, który uznał, że Gwatemala to jego ulubione miejsce na świecie i po prostu się tam przeprowadził. Albo dziadziusia pod krawatem, który postanowił wydać oszczędności swojego życia na podróże z walizą. Albo ojca rodziny, który od razu przygarnia mnie do grupki swoich przewracających oczami dzieci, podziwia, że ja tak sama sobie i troszczy się, wypytując o polskie zwyczaje polskich ludzi.

W San Cristobal wsiadam w nocny autobus i od razu zasypiam, co można uznać za cud, bo jestem typem, który nie zasypia za dobrze nawet we własnym łóżku, ale tryb Indiany Jonesa robi swoje i pozwala kraść każdą godzinę, podczas której człowiek nigdzie nie biegnie. Budzi mnie bezruch, stajemy gdzieś w czarnej pustce. Wieje ciepły wiatr, po ziemi chodzą gigantyczne mrówki, a ja mam gęsią skórkę. Bzyczy świetlówka w taquerii, wrzeszczy nazwy potraw gruba kelnerka, ryczą przejeżdżające ciężarówki ubrane w światełka. Dosiadam się do uśmiechniętego chłopaka z Holandii, z którym później we trójkę spędzimy parę piwnych i plażowych chwil. Pod nogami błąka nam się mały, szary kotek i sprawia wrażenie zwierzątka, które zaraz zginie.

I w końcu tysiąc kilometrów później docieram do końca świata, który w styczniu był nie dość że nie nazwany, to jeszcze taki trochę nieprawdziwy. A tu proszę, jest rano i w końcu widzę spokojny ocean, wściekle radosna sprawa. Ula odbiera mnie z dworca z plecakiem pełnym świeżych owoców. Pamiętam każde nasze takie spotkanie - Warszawa, Wrocław, Nowy Jork, Rzym, Berlin (to chyba była tylko uliczka przed moim alternatywnym domem). I malutki, otoczony palmami dworzec autobusowy w Puerto Escondido, gdzie dojechałam jako taka wersja siebie, którą lubię bardziej. Z zaciekawieniem czekam na następny punkt na mapie świata. I na to jaka wersja mnie tam się doszwęda.

Jest milion stopni ciepła, codziennie. Jest koktajl z papai, mango, kokosa, truskawek i mleka migdałowego, posypany orzechami brazylijskimi. Idziemy na plażę. Żar wciska mnie w wodę, woda mną targa.





























Helados ze świeżego kokosa - sprzedawca dziadziuś zawsze dobrze wie, kiedy człowiekowi mózg osiąga temperaturę wrzenia. Plaże dokładnie takie, o jakich człowiek marzy w listopadowe wieczory i poranki. Panierka z piasku na całym ciele, usta słone od wiatru, Arizona. Znowu trochę owoców. Bezruch i spacery w samo południe. Nie opłaca się brać prysznica, skoro wystarczy założyć sandały, a już człowiek cały mokry. I niezbyt rozgarnięty i nieruchawy. Wycieczki 'do miasta' śmiesznym collectivo, które zatrzymuje się wszędzie tam, gdzie stoi jakiś przykurzony człowiek. Wystarczy złapać się rurki i zignorować furkotanie sukienki.



























I te straszne momenty, kiedy jest za pięknie. Biegnę brzegiem oceanu i już czuję, że za tydzień mnie tu nie będzie. Leżymy na plaży w środku nocy i gadamy, a Wielki Wóz jest naprawdę wielki. Zachód słońca jest codziennie ładniejszy, a ostatniego dnia po prostu rozsadza głowę. Albo taki moment, kiedy stoję nocą na pustej plaży, z tą piosenką w uszach. Ocean się kotłuje, niebo się błyszczy gwiazdami i nie wiem czy ze szczęścia czy ze smutku jest ta gęsia skórka.
























Albo żółwiki.
Zostałam matką chrzestną setki żółwików. O zachodzie słońca przyjechałam na plażę z Człowiekiem Od Ratowania Fauny. Żółwie noworodki (wykluły się jakieś 10 godzin wcześniej) cichutko sobie skrobały o wnętrze skrzynki. Zanieśliśmy ją na piasek, a potem wzięłam w palce każdego żółwia i położyłam na piasek. Zrobiły bojowe miny i pobiegły. Zakotłowały się w falach. Niektóre niezbyt kojarzyły, że nadszedł już ten moment strasznej dorosłości i trzeba było je podnieść i lekko podrzucić w palcach, żeby zaczęły machać łapkami. I one też pobiegły. A niebo miało wszystkie odcienie różu, fioletu i pomarańczu i to w całkiem dobrej rozdzielczości. Nie da się tego opisać, bo pojawia się taki wstyd, że słowa spłaszczą prawdę. Nieśmiałość wobec rozkosznego OGROMU fantastycznych rzeczy do przeżycia.




















































Pięć dni mija błyskawicznie i znów trzeba się spakować w plecak, w którym wszystko czego szukam, zawsze było na dnie. Z każdą sekundą jestem bardziej pewna, że powinnam rzucić w wszystko w cholerę i zostać. Ale jednak cmok w spocone czoło i do zobaczenia. 

Gwatemala wita się surowym chłodem, wulkanami, bałaganiarską zielenią. Wracam na chwilę do Antigua, westchnąć na tym samym hamaku, na którym po raz pierwszy opadła mi szczęka. Za resztkę pieniędzy kupuję dobra eksportowe: czekoladę, kakao, kawę, herbatę kakaową, pół bochna chleba bananowego. Tak jakby na deser znajduję sekretną uliczkę, wzdłuż niej bielone mury i wysokie rozłożyste drzewa obsypane fioletowymi kwiatami. Pachnie miodem tak bardzo, że powietrze powinno być lepkie. Pachnie końcem wakacji.

I już po wszystkim. W samolocie siedzę obok grubasa (oczywiście), który jest szalony (oczywiście; notuje godzinę każdego ruchu, posiłku, komunikatu; na moje pytanie czy jest tajnym agentem, odpowiada, że tylko robi notatki - na sto procent dla tajnego wywiadu).
Jeszcze tylko przystanek w Salwadorze, podczas którego mam ochotę zwiać w nieznane.
I w Madrycie, gdzie razem z Piotrkiem wymykamy się po bagietki, hiszpańską szynkę i pomidory, a potem robimy sobie dostojne kanapki, polewając je oliwą wyżebraną w lotniskowym McDonaldzie.
Ostatni berliński wieczór odciąga nieco w czasie popowrotową depresję, a następnego dnia ktoś specjalnie idzie do piekarni po moje ulubione miodowe drożdżówki. Tu też bym mogła zostać już do końca świata.
I jestem w domu i jak szalona sprzątam wszystkie kąty, zawalam stół pamiątkami dla wszystkich znajomych, a potem leżę pół nocy z rękami przyciśniętymi do twarzy i chcę umrzeć ze smutku. To nie fair, że Meksyk został w Meksyku.

































 























Jak się okazuje, samotna podróż to najlepsze, co się może człowiekowi przytrafić. Coś się przestawia nawet w głowach socjopatów, bo nagle rozmowa z obcymi ludźmi jest najbardziej naturalną rzeczą na świecie i leczy ze wszystkich sercowo-egzystencjalnych rozterek. I ze szczenięcego czepiania się tych, którzy mają mnie w nosie. Przecież ja sobie pięknie poradzę, nagle się zorientowałam. Nie tylko w podróży.
I już się nie boję owadów.

Swoją drogą przydałby się jakiś nowy dramat. Byłoby o czym pisać.
Do następnego dramatu więc.



niedziela, 27 kwietnia 2014

O siódmej rano stoję nieprzytomna, oparta o ścianę w piekarni.

Niebo jest różowe, na wulkanie siedzi chmura, a ja sobie leniwie ćpam zapach kukurydzianych bułek. Dzieci idą do szkoły, wszystkie mają mundurki i dziwne drewniane przybory, którymi tradycyjnie tłuką się po głowach. Rzucają nabożne spojrzenia w kierunku lokalnego McDonalda. Pies wlecze worek zakrwawionych kości, rozsypują mu się na środku ulicy i nie za bardzo wie co zrobić. Też bym nie wiedziała. Senne dumanie nad losem świata przerywa mój nowy kolega Piotrek. Czas zmierzyć się z twardą rzeczywistością chaosu i korzystając z wielu sprzecznych wskazówek, odnaleźć nasz środek transportu. Okazuje się być oczywiście jednym z tych starych szkolnych amerykańskich autobusów i wygląda jakby miał ożyć i nas zabić. Jakby kierowca był wariatem. Jakby nie miał prawa jazdy.

Autobus pędzi przez góry i zbiera z poboczy wszystkich chętnych, w tym rozwrzeszczanych sprzedawców empanadas. Na siedzenie przed nami wtłoczyła się pięcioosobowa rodzina, dziecko pełza po szybie, trzymając się rączkami półki na bagaże. Jemy najlepszy, i mówię to z całą powagą na jaką mnie stać, chleb bananowy tego świata – dwa tygodnie później celnikowi przeszukującemu mnie na lotnisku w Gwatemali na widok tego chleba znacznie wypogodzi się groźna twarz. Trwa niekończąca się dysputa na temat jedzenia. Trafił swój.

























Po 78 kilometrach pokonanych w jedyne cztery godziny, nieco zdrętwiali, wysiadamy w miasteczku Panajachel. Dla mnie to pierwszy w tym roku, prawdziwie upalny dzień. Kupuję kokosa, po wypiciu idealnie chłodnej wody wyskrobujemy łyżeczką miąższ. Ma konsystencję twardego melona, nie trzeba rąbać go siekierą i nie wygina sztućców, jak kokosy, które można kupić w Polsce. Na środku ulicy znajdujemy straganik z ceviche. Surowa siekana ryba i owoce morza z limonką, papryczką, cebulą, kolendrą i ostrą salsą jedzona z plastikowego talerzyka w tych wszechogarniającym cieple... Chce sie biec i z radości stukać piętami. Tak więc dobiegamy nad jezioro Atitlan.

Widok uderza mnie po twarzy. A to dopiero pierwszy.


























Znajdujemy łódkę do San Pedro La Laguna. Ona też wygląda tak, jakby miała nas zabić. Wszyscy siadają z tyłu, frajerzy, nic nie zobaczą, myślimy. Przez trzydzieści minut woda chlaszcze nas po twarzach, obijamy sobie dupska o ławeczki, błogosławię swój mierny wzrost, bo waliłabym też czaszką o brzeg kabiny. Nie mogę przestać opętańczo się śmiać.

San Pedro leży na zboczu wulkanu, więc wszędzie jest bardzo pod górkę. Plecak robi się ciężki, ale nie jestem żadnym mięczakiem. Włazimy w poszukiwaniu hostelu, aby zaraz zejść, bo okazuje się być położony tuż nad jeziorem. I są wolne miejsca. Wszystko dzieje się samo.

Podobno ma też fajny widok z tarasu.

































Sugarman w głośnikach, kanapy, piwo. Mam to odciśnięte w głowie i o tym myślę jak mnie boli jakiś banał. Że to ciągle tam jest. I czeka.
Następne dwa dni są idyllą absolutną, słownikową, archetypem.
Za skok z tarasu darmowa tequilla. Po ustawieniu aparatury fotografującej leci najpierw Piotrek, potem ja. Pięć metrów lotu bez żadnej myśli, tylko taka naelektryzowana chmura podekscytowania gdzieś w okolicach mostka. I jestem.

Dobra cisza, rozpuszczamy w głowach te musujące wrażenia.

Gdy nudzi nam się wylegiwanie na tarasie, idziemy szukać jedzenia. Znajdujemy stragan przy którym chłopiec ogląda koncert Iglesiasa, ale uprzejmie godzi się przygotować nam quesadillas. Posypuje je solą i inną białą substancją (nie, nie koksem). Co to? - 'Flavour' - glutaminian sodu, umami, słodka sól. Zalewamy je guacamole, które tu często bardziej przypomina sos niż dip, posypujemy kolendrą, dodajemy salsę. Kolejny cudowny posiłek zjedzony brudnymi rękoma, w pyle i upale. Idealna jest też kawa, a do niej lokalnie robiona, zawinięta w bibułę czekoladka z orzechami macadamia, z ręcznie kolorowaną kredkami etykietką.

Następnego dnia wypożyczamy kajaki i wypływamy w turkus i w spokój. Wszystkie miasteczka tak samo przyklejone do zboczy, wyglądają jak wszędzie i nigdzie, mogłaby to być równie dobrze Azja albo Afryka. Na jednym z brzegów na środku polany stoi figurka. Po kącie nachylenia głowy poznajemy, że to Maryjka i faktycznie. Dewocjonalna globalizacja.

Na środku jeziora dzielimy się piwem i sposobem robienia krewetek.






















Potężna dawka sportu, w moim przypadku polegająca głównie na robieniu zdjęć dwoma ajfonami, wymaga uzupełnienia sił życiowych. Idziemy na targ, na którym z subiektywnie czystych metalowych talerzy jemy kurczaka z cieciorką i ryżem. Psy patrzą nam na ręce i czekają. Na deser kupujemy wcale nie pomarańczowe pomarańcze, banany i mango. Piotrkowi marzy się maczeta i z opętaniem w oczach we wszystkich sklepach i piekarniach pyta o pan de banano. Japonki jak stringi, robią krzywdę na tych wszystkich górkach. Nucimy obciachowe piosenki. Razem ze współlokatorem z hostelowego pokoju zastanawiamy się jaki jest dzień tygodnia. Wakacje tak bardzo.

Jutro trzeba będzie opuścić ten zachwycający mały raj, więc pora poszukać transportu. Elegancki staruszek z agencji podróży - pomalowanej na różowo wnęce w ciągu domów, ściany wyłożone czymś na kształt gazetek szkolnych na temat kraju i miasteczka, gdzieniegdzie wyblakłe łańcuchy choinkowe, wielki brokatowy napis LAUNDRY - nakazuje stawić się następnego dnia tuż przed szóstą, zaprowadzi mnie na pierwszą i jednocześnie ostatnią łódkę, dzięki której mam szansę zdążyć na autobus jadący do meksykańskiej granicy.

Na kolację idziemy tuż nad ciemny brzeg jeziora, zamawiamy wielkie talerze nachos z guacamole i salsą. Są gwiazdy, jest pięknie i trochę szkoda. Ostatnie piwo w hamaku, ostatnie wdechy. Milczeniem chłonę rzeczywistość.

Następnego dnia koło piątej budzę się w panice z kolejnej dziesięciominutowej drzemki (awaria budzika na wakacjach naprawdę super sprawa) i sprawdzam godzinę. Jest czas, ale następna drzemka pewnie byłaby złośliwa, więc biorę plecak i siadam na pomoście. W jeziorze Atitlan błyszczą się gwiazdy i światła miasteczek z drugiego brzegu. Nawet koguty jeszcze śpią.

Tuż przed szóstą agencja podróży jest oczywiście zamknięta, a eleganckiego staruszka nie ma. Z ciemności wyłaniają się za to faceci z maczetami. Nawet nie zdążę struchleć, gdy słyszę 'hola!’. Idę więc sama, mijają mnie koty. Na molo już kolebie się łódka, wśród pasażerów prawdziwie amerykański monstrualny grubas z gigantyczną różową walizką w kwiatki. Jeszcze tylko dolać paliwa do baku za pomocą tylko odrobinę dziurawej rury i w drogę. W ostatniej chwili niespiesznie przychodzi dziadziuś, pokiwać mi na pożegnanie.

Mkniemy po spokojnej tafli jeziora. Lokalni mieszkańcy mają na głowach kaptury i śpią na siedząco. Niebo jest zbyt różowe, żebym mogła z czystym sumieniem zamknąć oczy. Tak jest zawsze, codziennie - notoryczna udręka, że zobaczyło się za mało.

Na chwiejnych nogach wysiadam z łódki i pozwalam przywiązać swój bagaż na dachu busa. Nie boję się podróży do Meksyku, pilnujących każdej stacji benzynowej ludzi z karabinami ani łobuzów, którzy mogą okraść zabić zamordować, tak jak mi to wmawiano przed wyjazdem.

Boję się, że zapomnę, jakie to uczucie być tam wtedy, nad leniwym brzegiem jeziora na końcu świata.

środa, 9 kwietnia 2014

Wzdycham codziennie jak takie smutne dziecko w oknie.
Że moje wymarzone wakacje, te same, które wymyśliłyśmy z Ulą w pięć sekund w pewien styczniowy straszny piątek pełen rozczarowań i szlochu w trzech różnych łazienkach, naprawdę się już były skończyły. Teraz nawet nie pamiętam jakim cudem w mojej głowie mógł panować taki (niejeden) niewąski burdel.

Wgapiam się we własne, jeszcze trochę brązowe nadgarstki z surferskimi bransoletkami, wącham kolendrę i tropię miękkie mango w sklepach. Żeby sobie przypomnieć, nie głową, tylko ciałem. Że to wszystko naprawdę się wydarzyło. Nadal nie mogę się przemóc do pomalowania paznokci i nałożenia obcasów, ba, ciężko mi się wbić w ciuchy, które nie mają kieszeni, żeby w nich trzymać ręce wyrażające postawę obrażenia się na dorosły świat w którym wakacje to tylko trzy tygodnie.

Jako że grożono mi już śmiercią jeśli nie napiszę notki, emo relacja czas start.

Różowe buciki i ja zaczynamy przygodę w najsłodszym Berlinie, już w momencie gdy wygrzebuję się z plecakiem z nadziemnego przystanku podziemnej kolejki (ale jak to) i idę do domu. Tak jakby znów była jesień. Ale o tym już pisałam w poprzednim odcinku. Wzdycham jeszcze ostatkiem braku rozsądku za kolejnym niezdecydowanym, niebieskookim chłopcem, a potem śpię jak niemowlak, pierwszy raz od nie pamiętam kiedy. "Po tym właśnie rozpoznaje sie magiczne miejsca - ze ludzie łatwo w nich zasypiają.". Rano zaczynam się szczerzyć do siebie. Berlin żegna się na różowo i pogodnie. Jakby kiwał łapką.

W Madrycie ja kiwam łapką Europie. Jadąc na lotnisko skanuję horyzont i zastanawiam się kiedy ostatnio widziałam góry. Dziki człowiek z korporacji.


























A potem wciska mnie w fotel. Patrzę na swoją dłoń, gdzie powoli zaczynają błyszczeć maleńkie kropelki potu. Lubię latać, ale i tak za każdym razem jestem pewna, ze zaryjemy ogonem w pas startowy i wszystko stanie w płomieniach. Nie dziś, lecimy.
Uciekamy przed zachodem słońca, a ja ułamkiem mózgu zastanawiam się, kiedy zabije mnie zakrzepica, no bo na Boga, 11 godzin lotu. A po nich to uczucie, gdy za oknem widać zarys kontynentu, o którym gruba baba od geografii potrafiła w tak zabójczo nudny sposób mówić długie godziny. O uprawach kawy i zatokach i glebach. Baba do tej pory nie ruszyła się z miasta powiatowego. Szczerzę się do okna. Szczerzę się, wysiadając z samolotu - już w przesmyku między drzwiami a rękawem wali mnie w twarz parne, ostre powietrze. Aż mi głupio tak się cieszyć. Ludzie patrzą.

Nie wiem który bus wybrać, żeby nie zostać porwaną dla okupu. W końcu wsiadam do takiego z dziurą po kuli na środku szyby. Jadę do Antiguy, dawnej stolicy Gwatemali, która w przeciwieństwie do obecnej stolicy jest śliczna i nie odbywa się w niej przynajmniej jedno morderstwo dziennie.

W miasteczku jest już ciemno, a wszystkie domy mają tylko jedno piętro i są w niesamowitych kolorach. Krawężniki sięgają mi do kolan - małe pieski skręciłyby sobie karki próbując z nich zejść, może dlatego spotykam tylko duże psy, które wąchają mi kostki i lecą dalej, w jakimś ulubionym kierunku.
Idę wąskim chodnikiem i ściskam w dłoni klucz i banknot. Wchodzę do taquerii i znów strasznie szeroko się uśmiecham. Trzy napakowane tacos z marynowaną wołowiną zalewam guacamole i jestem królem świata. Wracam do hostelu, wchodzę na dach i spotykam pierwszego Niesamowitego Człowieka z Wakacji. Spędzamy dwie godziny, wpatrując się w ciemność i gadając o tym jak pogodzić pasję z zarabianiem na chleb (tortille?), o filmie Her (smutny czy wesoły?) i o sobie samych też. Tak po prostu.

Nie mam kiedy spać. Godzina nie ta, materace obłożone folią straszliwie skrzypią, a wszyscy pozostali lokatorzy to rosłe, spocone i oczywiście chrapiące chłopaki. Słychać ptaki i strzały. Moja paranoja godzi się z faktem, że to chyba fajerwerki a nie broń palna.

Budzę się o czwartej rano i znów idę na dach. Księżyc chowa się tuż przed szóstą, a chwilę później zaczynają piać koguty. To dziwne jak człowiek przyzwyczaja się nawet do drzew - tutaj wszystkie są postrzępione i zupełnie ich nie znam. Hamak jest wilgotny, tak jak powietrze. Nade mną góruje wulkan, hipnotyzujący, częściowo schowany w chmurach. Nie mogę oderwać wzroku. A co jak zniknie? Szanuję Cię wulkanie.

Na śniadanie huevos rancheros i spacer. Mój nos jest czerwony już po godzinie, wiele dni później zejdzie mi z niego wiele warstw skóry. Antigua jest urocza i trochę europejska, jak przystało na hiszpańską kolonię. Na niektóre uliczki lepiej się nie zapuszczać po zmroku, ale teraz jest środek dnia, niebo pachnie kwiatami, a ja ściskam w dłoni woreczek z pokrojonym chłodnym mango. Ogarniam szachownicę ulic, kościoły i stragany z jedzeniem. badam stopami kocie łby. Wspinam się na te śmieszne krawężniki. Idę na targ, perfekcyjne awokado kosztuje 40 groszy za sztukę. Macie czasem tak, że dotykacie ręką ściany wzdłuż której idziecie, żeby się jakoś tak uwiązać w czasoprzestrzeni? Tak było.



























Popołudnie należy do wulkanu Pacaya.
Mój pierwszy wulkan a od razu jeden z najbardziej czynnych na świecie, ostatnia erupcja była dokładnie tydzień temu, wtedy. Bus zbiera ludzi z całego miasteczka i jedziemy. Prosto w chmury.
Najpierw maszerujemy gęstym lasem, im wyżej, tym ciężej rozmawiać. A jest z kim, znów pełno Niesamowitych Ludzi z Wakacji, których chce się poznać wcale nie po trochu.
Potem wspinamy się już na poważnie, brodząc rękami w czarnym wulkanicznym żwirze. Łapiemy się gałęzi i korzeni, żeby nie stoczyć się w dół jak nie znające się na prawdziwym życiu europejskie łamagi. Moje jasnoróżowe buty to jakaś kpina, ale teraz wszystkim czepiającym się ich niechlujności mogę powtarzać, że 'oh wiesz, ubrudziłam je sobie w Gwatemali, podczas wspinaczki na wulkan...takie tam.'.


























Robi się gorąco. Chłodne, białe smugi owiewają łydki, przeplatając się z ciepłem bijącym z ziemi. Niezwykłe uczucie, jakby chodzić po brzuchu gigantycznej, żywej istoty. Czekasz na oddech, który Cię zdmuchnie. Tu i tam mijamy żarzące się na czerwono dziury, w którym pieczemy nabite na patyki pianki, które chowamy między herbatnikami z czekoladą. Zjadamy te wulkaniczne smores, oblizując czarne od pyłu palce. Jest dziecięco i cudownie, topią się podeszwy naszych butów. Wracamy, naćpani tą radością człowieka z miasta, który się całował z naturą.

Drogi w Gwatemali prawie nie są oświetlone. Żadna nie jest pozioma. Co chwilę zakręt rzuca pasażerami po ścianach busa. Który gna na krótkich swiatłach jak dziki. Jednemu panu chce się wymiotować. To absolutnie najgorszy możliwy kraj na przejażdżki dla rozkołysanych błędników. Absolutnie najlepszy dla wszystkich pozostałych.

Jaka jest szansa, że na wulkanie w Gwatemali poznasz Swojego Człowieka? Nie znasz dnia i godziny. 'People who love to eat are always the best people', to po pierwsze. Połączenie ogarniętego acz swobodnego trybu 'on the road' z wiecznie niezaspokojonym apetytem, to po drugie. No i proszę, mam doskonałe towarzystwo na następnych kilka dni, a mój plan zahaczenia o jezioro Atitlan nabiera kształtów. Kształtów fantastycznego bochenka chleba bananowego, który kupuję na drogę i przy którym wreszcie mam z kim nadmiernie ekscytować się żarciem. Happiness only real when shared. Wszystko się zaczyna.

Znów nie mam kiedy spać. Następnego dnia o siódmej rano wyruszamy chicken busem w (nie)znane.






czwartek, 6 marca 2014

Nic nie poradzisz na niepokój.
Czasem po prostu wstajesz rano i marszczysz brwi. Dzień zaczynasz z niewyraźnym uczuciem, że zaraz coś runie. Mimo, że jest jasno, wszędzie palą się światła - na klatce schodowej w tramwaju, w całym szklanym, przerażającym biurowcu. Są w nim jednak pomieszczenia bez okien, odkrywasz w nich, że naprawdę masz kilkadziesiąt procent wspólnych genów z takim na przykład ptakiem albo ćmą. Coś Cię nosi, ale nie wiesz gdzie.

Niebo wie, że jesteśmy teraz zmartwieni. Nic sobie z tego nie robi.

Z nudów żujesz powoli obite, niesmaczne jabłko i patrzysz na ludzi z ukosa, jeżeli w ogóle patrzysz na kogokolwiek. Każdy kęs to 10 sekund mniej do godziny zero. W której nic się nie wydarzy. Bolą Cię plecy, więc wzdychasz co jakiś czas. Pomiędzy ziewami łykasz z zamkniętymi oczami przestygniętą kawę. Pieprzony małpi gaj, co dwie godziny chwytasz się czegoś, co znajdziesz w próżni, żeby dzień miał strukturę i żeby w serotoninowym marzeniu nie zjeść dwóch tabliczek czekolady na ławce przy stojaku rowerowym.

Czekasz na katastrofę. Polega ona na tym, że kolejny dzień spędzasz na odliczaniu godzin.
Nie ma nic gorszego od czekania. Z każdą minutą ktoś dokłada kamyczek i w końcu ledwo stoisz na nogach. Coś Ci przecież szeptało do ucha, że to się nie może udać, byłoby za pięknie.
W końcu dostajesz to, co sobie tak rzetelnie wymartwiałaś cały dzień. Który to już raz nic wielkiego się nie dzieje.

A czasem zrywasz się z łóżka zupełnie nieswoja, ładnie ułożą Ci się włosy i sukienka. Policzek różowy, dziewczyna jak malina. Och, wspaniały dzień na zdobywanie świata. To przecież nic nie znaczy, że nic wielkiego się nie dzieje. Czemu coś miałoby pójść źle? Przecież dobre nastawienie to podstawa, tak mówią na mieście, na tych ławkach koło stojaków rowerowych, gdzie nigdy nie dociera słońce, a zawsze dociera wiatr.
W moim przypadku dobre nastawienie to podstawa do zawodu. Uśmiech prostuje się sam. Policzek czerwony. Jeszcze jedno nigdy-więcej.























Ktoś mnie chyba musiał porwać, uśpić i wyciąć całą intuicję, sprzedać handlarzom organów. Obudziłam się w wannie z lodem, z blizną pod żebrami. Jakby tego było mało, chirurg stażysta zaszył w środku szmatę i całkiem sporo naiwności. Wspaniale, oklaski.

Obiecuję, że to ostatni emo post przed wakacjami, odkurzam sobie głowę z tego białego puchatego alergizującego słodkiego gówna i cieszę się na plaże, owoce i Ulę. Jestem w Berlinie, czwarty raz w ciągu roku i znów z taką malutką sieczką w głowie. Ale jest wspaniale, piwnie, pizzowo i czekoladowo, przytulając własne kolana gadamy do późna przy starym drewnianym stole, otoczeni chaosem zabawek i kredek. Jutro włóczęga po znajomych kątach i najlepszy możliwy lunch na taki stan ducha, czyli ramen. A wieczorem Madryt. Pojutrze Gwatemala. Za tydzień Meksyk. Dobry plan. Załóżmy, że świat będzie istniał jeszcze tylko trzy tygodnie.

Całkiem dobry plan.

poniedziałek, 3 marca 2014

Leżę pod kołdrą i ruszają mi się tylko oczy, na więcej nie mam siły, bo oduczyłam się zasypiać. Niepokoje takie tam. Leży się smakowicie, nie wiem kiedy znów będę tak sobie spokojnie.
Mam rozpisany plan zmartwień na każdy dzień.

W środę będą mi się trzęsły ręce od czekania.

Jutro będzie nieogarnięte. Niech mi ktoś zrzuci linę do tej studni. Stara śpiewka. Czas domyślić do niej nowy plan. Może na plaży.

Dzisiaj było dziwne, wietrzne i poddenerwowane. Zostały mi dwa dni i nadal nie mam japonek ani filtra przeciwsłonecznego. Takie sezonowe rarytasy to nie u nas nie teraz, panie tego.

Wczoraj był dobry zimny dzień, doskonale miejska niedziela. Śniadanie w Kubku z fajnym państwem Tolowym. Sto milionów kroków, ból głowy i koszmarne niewyspanie na twarzy i w nogach, a mimo to jakaś podejrzana (wcale nie) uciecha. Dawkuję sobie ludzi, bo czasem jakoś nie mam na nich siły, zwłaszcza jak znajdę odpowiednią do włóczęgi muzykę, na przykład dziś Jefferson Airplane. Pustym Śródmieściem dobrze się idzie, w końcu docieram do Rakowieckiej i znajduję sobie misję. Wspólne milczące szorowanie stuletnich drzwi i przesuwanie wielkiej szarej kanapy w pachnącym najlepiej, bo farbą i drewnem mieszkaniu mojej przyjaciółki na ostatnim piętrze starej kamienicy. A potem idealne na niedzielę pierogi z mięsem i grubymi jak dla górnika skwarami, z najfajniejszego mleczaka warszawskiego. A ręce pachną nam płynem do mycia szyb. I znów samotny szaro-granatowy spacer z rękami w kieszeniach i drapaniem w gardle. Różowe buty dobrze niosą. Wyprzedzam wszystkich na trzeciego.

Dobrze, że z głowy wymiotło stary brud. Ten nowy jest taki biały i puchaty jak pyłek lipy, ciekawe czy dostanę od niego straszliwego kataru. Staram się nie zastanawiać nad tym, co będzie później niż za trzy godziny.
Dostajesz to, co widzisz.
Słodko toniesz w tym i łamią Ci się usta w ostatnim uśmiechu.
Oby jak najczęściej. Ale na wszelki wypadek o tym nie rozmyślaj.