sobota, 20 kwietnia 2013

Jako że rzeczywistość mnie się niezbyt podoba a proces zmiany jest zbyt wolny żeby nagle uczynić dzień niepodobnym do dnia, postanowiłam mówić TAK! wszystkim filmom, które mnie zaciekawią lub zostaną mi polecone. I całe szczęście, oh boże. Ileż pięknych godzin w ten sposób spędziłam w pościeli. Wiadomo, blogosfera i internetosfera tworzy kręgi wzajemnej adoracji i adoracji przedmiotów podobnych. Więc wszyscy kochamy te same filmy. Ale może ktoś jeszcze nie widział: (nie, pod tlustymi literami nie ma linków, jest sobota, nie mam na to czasu! hehe)
Take this waltz - cudo. Najlepsze są takie filmy w których dużo się rozmawia, zwłaszcza oczami. Ludzie mają spocone czoła i dokładnie wiem, jaka jest pogoda, jak się ją czuje na skórze. Nie będę pisać o czym jest, bo tata na mnie krzyczał jak w dzieciństwie pytałam o czym jest film. No to się nauczyłam, nie pytać i nie odpowiadać. Bo to tak, jakby go zniszczyć. Jak ten pyłek ze skrzydeł motyla, który PODOBNO, gdy się go zetrze, to już totalnie uziemia motyla i on, ten motyl, już na amen zostaje na ziemi, na pewną śmierć. Śliczne sceny na karuzeli, tak jak już pisała tola, piękne małe drobne ułamki scen i uczuć które mam w głowie. Nie napiszę w sercu bo to dosyć retro, przyznacie sami.
Beginners - ja to jednak jestem fatalna w opisywaniu filmów, nawet się nie staram. Po prostu uwierzcie mi na słowo, że nie pożałujecie, jeżeli jesteście wielbicielami filmów typu (tak, przed chwilą podniecałam się tym na twitterze) NIEPOZORNEGO.
Inne przykłady kina NIEPOZORNEGO:
Me and You and Everyone We Know - Staroć, ale może kto nie zna? Dwa słowa: Miranda July. No i wszyscy inni.
Lars and the real girl - nie jestem Team Ryan, ale film przesłodki. Oh jak pięknie wygląda na ekranie wstydliwość i nieśmiałość zamiast darcia mordy i strzelania.
Historie kuchenne - jestem pies na filmy skandynawskie. Długa zima i ciemna noc 10 miesięcy w roku widocznie odciska jakieś piętno na mózgach filmowców, bo co w kinie skandynawskie, to zawsze bardzo ciekawe. Bardziej szalonym polecam filmy tego pana: Anders Thomas Jensen. Na przykład Zieloni rzeźnicy.
Człowiek z Hawru - jak wyżej. No miód malina!
Jeśli nawet jeden procent, czyli 1/3 czytelnika, pokocha któryś z filmów, dla których jest specjalny przedsionek w moim sercu, będę wielce rada. Jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy coś odpowiednio NIEPOZORNEGO, niech poleca! Ciągle trwa tydzień przyjmowania propozycji!

A teraz pozwólcie, że oddalę się wziąć prysznic i modlić się, żeby woda nie wystąpiła ponad brzegi brodzika (mam wrażenie że w odpływie mieszka jakieś zwierzę futerkowe) oraz wlać w siebie gorącą szklanicę fervexu, który smakuje jak sproszkowane kości rozpuszczone w wodzie. Nienawidzę takich pseudomiłych napojów. Nie jestem durniem, żeby malinowy smak lekarstwa sprawiał, że zapomnę, że napieprza mnie łeb i nie mogę oddychać prawą dziurką, a mój głos obniżył się o oktawę. Tak samo jak nikt mi nie wmówi, że rozpuszczalne wapno o smaku pomarańczowym to niemal zupełnie to samo co pomarańczowa fanta. A pomarańczowa fanta to sama rozkosz. Nieprawda. Wapno smakuje jak strach, strach przed byciem wrobionym. Nie będzie bolało, taka mała igiełka. Nie będzie bolało, ten ząb wisi już tylko na ostatniej niteczce. Nie będzie bolało, bardzo szybko oderwiemy ten plasterek. ZAWSZE bolało a wapno jest obrzydliwe. Tak jak pomarańczowa fanta, moim skromnym zdaniem.

wtorek, 16 kwietnia 2013

W swej całej mizerii jestem przytomna. Lub też miewam chwile przytomności. Widzę wówczas rzeczy, o jakim nikomu się nie śniło. Takie rzeczy widzą wszyscy ludzie którzy jadą ze mną autobusami i tramwajami na Pragę.

Na przykład wczoraj. Szary deszcz łomocze w moją korę mózgową, a w tramwaju grupa starych dresiarzy - jest coś takiego? No stary chudy menel, ale bez toreb, ubrany w dres. W liczbie pięciu. Sinoczerwoni na twarzach. Wrzeszczą 'PRZEPRASZAM, PRZEPRASZAM!!' dotykając nas wszystkich po ramionach, skupiają się przy przednim wejściu. Jeden z meneli głosem nadal krzyczącym mówi: 'COŚ..POWIEM WAM, COŚ TU STRASZNIE ŚMIERDZI...!!'. Publiczność zamiera, zaintrygowana komizmem tej wypowiedzi. Staruszki umykają w popłochu z przednich siedzeń. Menel zamyśla się i biorąc zamach plecaczkiem staruszki, która nie zdążyła uciec, bo miała na nodze wielki żółtawy bandaż, miota owym plecaczkiem w tłum i kończy: 'COŚ TU ŚMIERDZI TAKĄ.... GORZAŁĄ NORMALNIE!'. Nikt nie komentuje. Wszyscy chcemy krzyknąć: to z Twoich ust! Menele, z poczuciem spełnionego obowiązku, otwierają puszki piwa. Piją. Mija dziesięć sekund. Menel myśliciel głośno wymiotuje piwem na przednie schody tramwaju, wielokrotnie spluwając i miotając przekleństwa. Tramwaj zatrzymuje się na przystanku koło Parku Skaryszewskiego. Jeden z meneli wrzeszczy: 'NO TO CHYBA WYSIADAMY!'. Wysiadają. Rośnie we mnie potworny chichot.

Lub na przykład dziś. Podróż z pracy do domu trwała sto godzin, a zaczęła się od bolących od bucików na obcasach stóp. Jestem teraz osobą, która nic sobie nie robi z niewygody i biega w obcasach. No takich 7 cm to pewnie sie nie liczy, oraz bardzo wygodnych, ale zawsze to obcasy. Po przejściu dwóch kilometrów śliczną Warszawą (Koszykowa i okolice, mniam) zaszłam obejrzeć zbyt drogie oprawki okularowe i wróżę sobie miesiąc o kaszy z tłuszczem, bo takie oprawki to jest one lifetime opportunity. Za siedemset złoty, tfu. Kontynuując, następnie przeszłam kolejny kilometr do przystanku, kręcąc nieco tyłkiem, bo w tamtych okolicach wszyscy tacy przystojni, że nie wypada iść jak szara mysz. Stopy sine. Awaria tramwajowa (piąta na przestrzeni miesiąca) znów popchnęła mnie na szlak pieszy. Uciekła mi kolejka pociągowa. A nawet podbiegłam, więc stopy fioletowe. Niestety. Wtem! Odnalazłam rowery. Na obcasach jeździ się bardzo łatwo. Wywlekłam rower na most. Nie podarł mi rajstopek. Przejechałam sto metrów, musiałam przewlec rower na drugą stronę mostu. Rajtuzy nadal całe. Dalej już było łatwo i spokojnie, jeszcze nigdy w życiu nie mieszkałam w miejscu, w którym mogę przejechać rowerem przez rzekę. I pachniało latem, a nie wiosną. I tak sobie jechałam z pieśnią na ustach aż do momentu, gdy przestałam. Bo zamarłam. Koło stadionu. Z toitoia. Wystawała. Smycz. Z PUDLEM na końcu. Pudel patrzył mi w oczy gdy jak opętana szukałam telefonu żeby wykonać zdjęcie. Niestety, mocz widać był szybszy i nie zdążyłam, bo z toitoia wysze∂ł po chwili dresiarz i zaszczebiotał do pudla. A potem poszli w swoją stronę. Do tej pory jestem urzeczona.

Ostatnim uroczym momentem tego dnia był staruszek, z rodzaju tych niezwykle wręcz zgarbionych, siwiutkich i nieśmiało uśmiechniętych (mój absolutnie ulubiony rodzaj), który w złodziejskim sklepie Marcpolu miał w koszyku książkę pt. 'Dziady', lekturę dla liceum. Dziadeczek, dziady. No po prostu przesłodkie.

Dzień zakończyłam lepieniem wegeburgerów, o tych: te. Podczas gdy się pieką, ja zażywam alkoholu niskoprocentowego i podniecam się niewiadomo za bardzo czym.

Nie, nie brałam narkotyków. Tak po prostu czasem mam, drugie wachnięcie hormonalne nastrojowe. Przeciwieństwem depresji jest bowiem mania. No to macie, minimanię. Pozdro szeset.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Wszyscy jesteśmy obłąkani. Na szczęście przez półtorej godziny ja byłam obłakana mniej, a szczęśliwa bardziej, bo wreszcie włączyłam nowiutki odcinek serialu idealnego. Który mnie jednocześnie denerwuje, bo rozjątrza moje nowojorskie pragnienia i wywołuje zgrzytliwy dysonans związany z robotą - CZEMU ja nie mogę chlać na umór w godzinach pracy? Takie dobre reklamy by powstawały. Ulotki i folderki o telewizorach i klimatyzatorach. Takie dobre życzenia na kartki urodzinowe. Takie posty na fejsbuka. Wszyscy byśmy zapomnieli, że zmywarka w kuchni psuje się co miesiąc. Nasz klient jest wspaniały. Kocham AGD. Kocham RTV. Mój komputer ma między klawiszami okruchy z pięciu pokoleń pracowników i obrzydliwe do granic możliwości cieniowanie bordo. BORDO. Mój kolega z biurka obok skleja za długi kabel taśmą klejącą i nie kłopocze się wciskaniem prawego przycisku myszy, bo i tak nie zadziała. Technology everywhere.

Mam nadzieję że nikt nie wie kim jestem. Wszyscy ważni ludzie i tak mówią tylko po koreańsku, a nawet gdyby wrzucili mnie w translatora to i tak przedziwna składnia, staropolska egzaltacja i wielokrotne złożenie zdań doprowadziłyby ich do nikąd. Ni kąd, haha! Wiem, bo próbowałam. Trochę jakbym czytała kogoś, kogo w jego szaleństwie chciałabym poznać.

Anyway, jest niedziela a ja myślę o pracy. Jaka jest nierzeczywista. Jeszcze rok temu spędzałam całe dnie w pościeli i marzyłam o swoim obecnym życiu. Jeszcze dwa lata temu, albo nie wiem kiedy, byłam na etapie wymarzania sobie drogi zawodowej. Teraz na niej jestem, w takiej trochę koleinie. I powinnam być strasznie zadowolona, ale przecież oczywiście że nie jestem. Powinnam skakać jak opętana z radości bo przecież po psychologii UMCS nikt nie ma pracy, a największe szczęście to promocja cukierków pullmoll w tesco. No dobra, więc zdobyłam pracę o jakiej marzyłam, strasznie mnie jara nazwa mojego stanowiska - c o p y w r i t e r. Brzmi jakbym nosiła okulary w rogowej oprawce i z ołówkiem w zębach stukała w (maszynę do pisania) komputer (bez BORDO cieniowania, jezu). Co najmniej Macbooka. Co najmniej pisała rzeczy które zbawiają świat.
Tak oczywiście nie jest.
No więc dobrze. Marzenie wymarzone, marzenie spełnione, co dalej?
Nie wiem.
Mam w ogóle wrażenie, że wewnątrz mnie, albo raczej na zewnątrz mnie, wyrosła nowa osoba. Która rozumie co się do niej mówi, wykonuje zadania, posługuje się słowami typu briefing, statusowanie, trafficowanie, tekst bardziej shopperowy, kolor bardziej premium, rtb, cta. I ta osoba jest szczurkiem na kółku, robi wszystko co trzeba, a ja wewnątrz niej nie mogę się nadziwić. Jakby to się działo samo. Podchodzi ktoś i mówi coś, a ja wiem, że zaraz będę musiała odpowiedzieć i przeżywam moment paniki że przecież boooże, ja niewiem nieumiem niechce co mi do tego, nie pamiętam tekstu (tak kiedyś było na scenie, gdy byłam jeszcze człowiekiem który śpiewa - sekundę przed pierwszą zwrotką nie pamiętałam ani słówka) i nagle - osoba zewnętrzna zaczyna mówić płynnie, osoba wewnętrzna stoi z otwartą japą. Ej, skąd to wiesz? Robocie!?
Pożyłabym sobie w takich latach 70 w Nowym Jorku. Pożyłabym i teraz. Mam nawet notes w którym zbieram same wspaniałe pomysły dotyczące tego, jak to zrobić. Piłabym i paliła nad kołyską własnego dziecka. Paliłabym wymyślając budzące dreszcze zrozumienia reklamy prasowe i telewizyjne. Jak Peggy Olson. Czas nieteraźniejszy przypuszczający to moja specjalność.

Idę na pływalnię Szuwarek popływać w zupie z grochowian i gocławian i prażan in general.
Gdyby ktoś chciał się zaprzyjaźnić to zapraszam. Wszystkich ludzi których znam już zanudziłam, teraz Wasza kolej.



sobota, 13 kwietnia 2013

Dziwne rzeczy się dzieją.
Leżąc w łóżku i zlizując z widelca pastę z makreli, a następnie z łyżeczki lody śmietankowe z wkruszonymi czekoladkami reeses (proces wkruszania wyglądał chyba jak narkomańskie robienie działy, czy coś) obejrzałam dziś popołudniu dwa filmy. O pierwszym już zapomniałam, bo mój mózg digital native'a jest nieprzyzwyczajony do długiego skupiania uwagi, a drugi to był 'Dans la maison' Francoisa Ozona. Powinnam go obejrzeć właśnie teraz dziś na festiwalu Off Plus Camera, ale nie znam ani jednej osoby w Krakowie, która by ze mną spędziła dzień. To znaczy, że nie znam nikogo w Krakowie. Nigdzie nikogo nie znam i denerwuje mnie to potwornie. Nie wiem na którym etapie zniknęły wszystkie osoby które znałam. Tzn wiem, między jednym chłopakiem a drugim. No dobra, nawet gdybym kogoś znała, to byłoby mi smutno spędzić w sumie 10 godzin pierwszego słonecznego weekendu tego roku w pociągu, łapiąc cudze resztki kaszlu w płuca. Wystarczy mi charknięć i smarków i zarazków z rurek tramwajowych. Klimatyzacyjnych mikroklimatów. Knajp w których nie ma lazienki a ja musze zjeść burgera rękami którymi dotykałam rurek i poręczy i klamek. Ropna rana bezdomnego może też ich dotykała.

Film. Ludzie o lubieżnych twarzach i ich fantazje. Takie twarze ciężko znaleźć na ulicach, przodują wraz ze mną na czele posiniałe kartofle z depresją. Teatralni ludzie w filmach są dużo mniej irytujący niż w prawdziwym życiu. W prawdziwym życiu chcę ich uciszać ciosem w twarz. W ogóle mam wrażenie, że jestem tak naprawdę dresem, najprawdziwszym Sebą. Tylko bym lała, szczerze, po zębach. Na przykład na siłowni. O ile nie rwę się do bitki z karkami, z ktorymi nawiasem mówiąc mowimy sobie 'cześć' bo trzy miesiące regularnego wspólnego pocenia się robią znajomość, o tyle już małe tłuste dziewczynki sprawiają, że zaciskam zęby narażając na szwank szkliwo. Jest jedna mała tłusta dziewczynka, z biustem większym niż mój i pośladkami wielkości moich dwóch głów. Spędza dwie godziny poprawiając sobie kucyk widowiskowo trzepiąc włosami na wszystkie strony, oglądając swoje plecy w lustrze i obciągając koszulkę na sadle. Uprzejmy pan trener wskazuje jej ćwiczenia, a ona udaje że je wykonuje. Gdy tylko klapki (tam wszyscy oprócz mnie są w klapkach i skarpetach) pana trenera się oddalą, dziewczę znowu poprawia kucyk i zaczyna zwisać na maszynie, lub też w debilny sposób się nią zabawiać, na przykład przez pięć sekund napieprzać na orbitreku tylko po to żeby zaraz przestać, pojechać do tyłu, poprawić kucyk, obejrzec plecy i znów, w finale, dołączyć do wyimaginowanej siebie samej sprzed paru minut i skończyć pilnie serię orbitrekowania. Gruba dziewczynka ma dwie koleżanki lolitki, szczupłe i gibkie małe sarenki, z ktorymi sobie chichocze, acz nie przystaje. Ostatnio nawet postanowiła narazić swoje uzębienie by tylko jej mała grupka społeczna ją pokochała, w tym celu z hukiem zwaliła się z bieżni ustawionej na maksymalną prędkość. Nastąpił atak chichotu. Też chyba tak robiłam, głupie rzeczy kupujące sympatię. Damn, czemu człowiekowi rośnie mózg tak późno. Niemniej jednak, chcę stłuc małą grubą dziewczynkę, która oszukuje poczciwego pana trenera i zajmuje wszystkie sprzęty na siłowni jednocześnie. Taka jest obfita.

Nikogo nie obchodzi gruba dziewczynka, no ale od czegoś trzeba zacząć. Gruba dziewczynka pozostaje korkiem w mojej głowie, dalej chyba jest coś lepszego.

No chyba że nie jest, bo ostatnimi czasy zajmuję się głównie martwieniem się. Bozia nie podarowała mi umiejętności podejmowania decyzji, ale już hojnie sypnęła byciem grzecznym. Dlatego teraz codziennie boli mnie żołądek BO NIE WIEM CO ROBIĆ. Ze swoimi życiami. Nic nie chce rozwiązać się samo. Wyrwanie chwiejącego się na jednej mikroniteczce zęba na sto procent będzie potwornie bolało, a nawet jesli nie, to jest bardzo stresujące. Albo taki plaster, podłączony bezpośrednio do mózgu. Strupek. Kusi żeby zerwać. Poboli i przestanie. Albo dostaniesz zakażenia i umrzesz. Na włosku może podobno zawisnąć 90 gram CZEGOŚ. A mnie się wydaję że dużo, dużo więcej.

Jestem lajtowym ćpunem. Bardzo głośno słucham muzyki gdy bardzo szybko biegne. Nie noszę parasola. Piję mocną kawę. Szoruję prysznic bez rękawiczek. Trzęsącymi się rękami wkruszam zamrożone czekoladki do lodów. Niech pomoże. Bo zwariuję.

Więc film spoko. Drugi film który obejrzałam to 'Smashed' z Jessym z Breaking Bad. Wracaj skądżeś przybył milusiński. A trzeci, przedwczorajszy, to 'Little furnitures' z Leną Dunham. Jej egzystencjonalna, nieco histeryczna nostalgiczna depresja znudzonego człowieka najbardziej do mnie przemawia. Girlsy, wracajcie. Seriale, wracajcie. Rozwiążcie moje dylematy!

wtorek, 19 lutego 2013

Luty jest taki fatalny. Nie zdziwiłabym się gdyby w lutym działy się wszystkie katastrofy, w lutym ludzie wchodzą pod pociągi, lub przynajmniej chcieliby troszkę to zrobić ale się boją, że rodzicom będzie przykro. Luty jest gówniany, niby taki krótki i niby prawie wiosna, ale to nigdy nie prawda. Zawsze zima, masz dość żarcia które siedziało korzeniami w ziemi, słodkawego zapachu jakichś pieprzonych pulpetów z marchwią który zawsze wpływa do Twojego mieszkania z klatki schodowej, co sobota. Co niedziela budzi Cię zajadłe walenie w kotlety schabowe, dokładnie 3 metry nad Twoim łóżkiem. Wrony się na Ciebie zamierzają. Psy srają jak szalone. Zakazać psom srania! Niby stopniał śnieg, więc kupy opadły swobodnie na pobocza chodników, ale codziennie pada troszeczke nowego, a za każdym jednym masz ochotę wrzeszczeć. Jak dzieci sąsiada, dokładnie metr za Twoją głową na podusi, cały dzień, od rana do nocy. Póki nie słyszysz odgłosów uderzeń, nie zadzwonisz na policję, bo może to po prostu straszliwie rozdarte dzieci. Ganiają się a potem wyją. Zapraszają gości z którymi ganiają się a potem wszyscy razem z tymi gośćmi wyją. A potem wrzeszczy tatuś. Z przekleństwami. Moi rodzice nie przeklinali, ale ja chyba będę. Bo wszystko mnie denerwuje.

Luty jest taki wspaniały.
Wszystko jest takie wspaniałe. Moje białe mieszkanko na Grochowie. Moja praca, o której jeszcze rok temu nawet nie śmiałam marzyć. Moja cera.

Nadal nie mam zwierza. Nadal mam chłopca. Nadal mi nic nie pasuje i chciałabym więcej niż mam. Chciejstwa na teraz to pięć kilo mniej (standard), niesamowita i zupełnie niespodziewana oferta pracy zagranicznej (lub jasna ścieżka kariery która mnie do takiej roboty doprowadzi) lub dużo pieniędzy. Drogie kosmetyki, które mają na twarzach kobiety w windach mojego biurowca. Ten nieskazitelny blask, rano. Ten uwiąd, wieczorem. Mijamy się codziennie i nie mówimy sobie dzień dobry. Nie żebym tego chciała.

Tramwaje śmierdzą. Menele rzucają spojrzenia i leniwie dłubią w nosie (to dzisiejszy).

Jestem niezadowolona, a czasem straszliwie rezolutna. A potem sobie przypominam, że należy być zadowolonym. Nie wiem co z tym począć.

Nic się nie zmieniło. Oprócz tego, że muszę muszę muszęęęę regularnie pisać, wysilać mózg i trzepać słówka, bo inaczej zwiędnie mi wspomniana już kiedyś, mocno odwapniona, kość piśmiennicza i jedyne co będę w stanie zrobić to poprawić katalog laptopów, z których wszystkie są takie same, a przy każdym innego rodzaju dławienie się z podniecenia. Nie od razu Rzym zbudowano, powiedziałaby pewnie mądrze jakaś wiekowa osoba. No i tego się trzymajmy.

A co u Was?

wtorek, 5 lutego 2013

Na rozgrzewkę i tak dla ośmielenia siebie samej i obłaskawienia tych którym szklane tulipany sterczą w garści… Już, już, sza (tonem wujaszka który coś zamierza)…

2012 w obrazkach. Wszystkie odpowiednie słowa zamieściłam w postaci z dupy wziętych jednozdaniowych tweetów. Dzięki temu jestem absolutną mistrzynią w pisaniu zwięzłych metatagów na google. W swojej dorosłej pracy. 
Jestem też mistrzynią w biegu na 10 kilometrów (w tydzień, nie bez łez). Co trzy kilometry zjadam dwa jajka.
Oraz w gniciu, tu się nic nie zmieniło.
Dzień dobry, czekamy na wiosnę, smucimy się że jesteśmy grubi, nie chce nam się sprzątać, z rzadka czeszemy włosy, coś byśmy zjedli, nie podoba nam się żadna muzyka którą już słyszeliśmy, mamy nowy śliczny komputer na który sobie zarobiliśmy, a że jesteśmy księżniczkami to NAM WOLNO go kupić. 
No zobaczymy ;)


środa, 18 lipca 2012

Skoro liczba wyświetleń poprzedniej notki przekroczyła 500 (marnie, ale równo) to z czystym sumieniem mogę dodać nową. Ale też dlatego, że muszę znaleźć coś do roboty, by nie brudzić rączek magisterką. I dlatego, że dzięki anonimowemu komentarzowi przeczytałam dziś cały blog Fretki i czuję się zainspirowana. Zawsze jak czytam bloga kogoś kto (fajnie) pisze co kilka dni myślę sobie: oh jakby to było pięknie. Przepiękni byśmy byli. Szkoda tylko że czuję się teraz jak kopiara. Małpa małpuje, nic innego nie potrafi. Każdy kogoś kopiuje, tylko pół biedy jak to ktoś z zagranicy czy też innej warstwy społecznej, najgorzej kopiować równego sobie a jeszcze bardziej najgorzej gdy on to zobaczy. Ten równy. Pierwszy. Fak, znowu druga.

Nic nowego na szeroko pojęty temat egzaltacji nie stworzyłam, to taka raczej wtyczka pamiętnikarska. Z kategorii 'blogi osobiste'.

No więc dwa tygodnie przesiedziałam na dupsku rozdmuchując czarne chmury wiszące nad mym łbem. Dwa tygodnie miną w piątek. Dwa tygodnie temu (licząc od piątku, no mówię) przekonywałam się - jezu kupa czasu, zdążę ogarnąć! Bo w piątek moja promotorka idzie na urlop, a że nie należy ona do ułatwiających komukolwiek życie, to najpewniej cokolwiek jej wyślę po tym dniu (lub nawet tego dnia, przecież kto normalny w ostatni dzień pracy wykonuje jakieś czynności) przeczytane zostanie we wrześniu. No bo przecież nie na urlopie. Nie na wywczasach. We wrześniu, a przecież jeszcze trzeba trochę czasu na krzyki i wykłócanie się, na awantury całonocne emailowe, na miliards rzeczy. I między tym miliardsem rzeczy czai się obrona, która musi być odbębniona do końca września. Podobno nie ma takiego dedlajnu którego nie da się przesunąć. Podobno nie było jeszcze przypadku, żeby ktoś się nie obronił, ba, nigdy nie zdarzyła się trója. Podobno promotorzy przy końcówce ułatwiają. Na pewno nie mój. Mój to szatan. SZATAN. No. Więc jutro (dla kłótliwych informacja: dla mnie dzień zaczyna się wtedy, kiedy jest jasno i kiedy wstaję, nie sekundę po północy - ta reguła obowiązuje tylko w urodziny) życzliwa koleżanka, która już się obroniła, przyjdzie do mnie i mi pomoże, skopiuje się to i owo, przeinaczy, sformatuje. Ameryki nie odkryje. Żenadę uniwersytecką podkarmi.
A w czwartek (o ile w środę praca zostanie skończona, innego scenariusza w zasadzie nie przewiduje :() muszę się spakować. Nie brzmi to nawet w połowie tak groźnie jak powinno - muszę się spakować na NIE WIADOMO ILE DNI. Od 2 do 11. W mały plecak. Nie wiem nawet jaka będzie pogoda za jedenaście dni. Nie mam się w co ubrać. Nie mam pieniędzy. Ale wszystko to nieważne, bo w piątek mam rozmowę o staż który mógłby obrócić me nudne kołdrzane życie żarłoka w ekscytujące życie stażystki w dużej agencji. Yep. Dyg dyg.
A za miesiąc będę w Tokio z moją najlepszą  przyjaciółką (tak, nadal jesteśmy razem, więc jeśli ktoś planował wskoczenie na moje miejsce...sorry.). No nie brzmi to źle.
Cały dzień chodzi mi po głowie dźwięk. Macie tak? Mnie się zdarzają prześladujące słowa, ale dziś to jest dźwięk. Jak robią buziami psy we Francji (i francuskiej części Szwajcarii). JUF JUF (z wąskoustym U, które wymusza skupione sepleniące F). To powinno zacząć coś znaczyć, takie jakieś smaczne. Na przykład...juf, ale jestem padnięta! Juf, zapomniałam gaci na zmiane.
Juf mać, nie mam siły ochoty motywacji mózgu bezmózgu na napisanie ostatnich kilku stron magisterki.






Fotki dla zafrasowanych, że nie wiedzą jak skomentować. Miłość blednie proporcjonalnie do czasu oczekiwania na moje buty do biegania, książki i portki.Nie no, nie blednie. Przecież dobrze znam zjawisko chaosu :)

Aha, moja druga Piana, gdyby ktoś na Twitterze nie zauważył. Czy Piany nadają się żeby je wydrukować i pokazać jako moje talenta? :( No bo ja już nie wiem. Nikt na słowo nie uwierzy, że umiem pisać (co też jest w mojej głowie dyskusyjne i siedzi nieudacznik szatan, pewnie dziad po kądzieli promotorki, oraz złoty anioł trzymający pęk narcyzów).

Kciuczki całą środę i dam radę.